Patrzę na te zdjęcia i nie mogę uwierzyć, jak można zrobić taką krzywdę własnemu dziecku? I że jeszcze znajdzie się ktoś, kto taką krzywdę akceptuje i nagradza. Dzieci z doklejonymi rzęsami, paznokciami, z utlenionymi włosami, wydepilowanymi brwiami, z kilogramem tapety na twarzy i w strojach odsłaniających ciało. Tak wyglądają kandydatki startujące w amerykańskich konkursach na "Małą Miss".

Zobaczyłam serię zdjęć ze studia Andersona Coopera, który prowadzi w USA popularny talk-show. Zaprosił on na kanapę kilka mam, znanych z tego, że swoje córki zgłaszają do wszelkich liczących się konkursów piękności dla dzieci. Zaproponował im eksperyment, by panie poddały się takim samym zabiegom, jakim na co dzień poddają swoje dziewczynki: wielogodzinny seans u fryzjera, kosmetyczki, większa kopia kostiumu, jaki wybrały dla córeczek. Kobiety narzekały, że stroje niewygodne, że fryzura ciężka, że chcrakteryzacja jest żmudna i męcząca. Ale oczywiście nie zamierzają oszczędzić tych doznań swoim dzieciom, bowiem "robią to dla ich dobra".

Jakim to dobrem może być przerabianie kilkuletniej dziewczynki na dojrzałą kobietę, przez co mamy wrażenie, że widzimy przed sobą jakąś upiorną lalkę, będącą karykaturą Dolly Parton czy Violetty Villas? Co przyjemnego jest w wielogodzinnym siedzeniu nieruchomo, by nie uszkodzić misternej fryzury czy makijażu? Dla kogo zabawą jest bolesna depilacja czy - o zgrozo - wstrzykiwanie w twarz botoksu?

Już samo organizowanie takich konkursów, w których startują niespełna 2-latki, budzić może kontrowersje. Wpajanie małym dziewczynkom, że tylko uroda jest środkiem do osiągnięcia sukcesu na pewno zostanie w nich na zawsze i jako dorosłe kobiety będą traktowały swoją twarz i ciało jako kartę przetargową. Psychikę (i zdrowie) niszczą im zarówno rodzice, którzy poddają dzieci torturom celem "upiększenia", jak i jurorzy takich konkursów, którzy preferują sztuczność zamiast dziecięcej naturalności. Dzieci te są przekonane, że aby zasłużyć na miłość (rodziców) i uznanie (obcych) muszą być piękne. A piękno musi boleć.

Wystarczy pooglądać serial "Toddlers&Tiaras", dostępny również w Polsce w jednej z kodowanych stacji. Widzimy dramat dzieci zarówno podczas przygotowań do konkursu (koszmar "cudownych" zabiegów) oraz po ogłoszeniu wyników, kiedy przegrane dziewczynki oraz ich mamy wpadają w histerię graniczącą z obłędem.

Zastanawiające jest, że kobiety, które same mają kolosalną nadwagę potrafią głodzić swoje córki, które mają tłuste włosy wysyłają swoje dzieci na fryzjerskie tortury, które ubierają się w workowate stroje zakładają kilkuletnim dziewczynkom kostiumy, których nie powstydziły by się chyba tylko panie lekkich obyczajów. Zastanawiające jest również to, że ojcowie występują w tym filmie rzadko, a jeżeli już to w roli obserwatorów, zgadzających się na najbardziej absurdalne i ekstrawaganckie pomysły swoich żon.

W programie Coopera wystąpiły właśnie takie mamy. Pierwsza, ważąca chyba ze 150 kg, ucharakteryzowana była na Barbie. Szczyci się tym, że swojej córeczce Alanie, znanej bardziej jako Honey Boo Boo Child, daje tajemniczą mieszankę napojów energetyzujących, po których dziecko ma niespożytą energię i jest w stanie znosić przeciągające się zawody bez oznak zmęczenia. W komentarzach, jakie pojawiły się pod serią zdjęć z programu skojarzenie było jedno: Alana wygląda jak laleczka Chucky z horroru. Oceńcie sami.

Matka Małej Wendy (na pierwszym zdjęciu obie w czerni) chwali się publicznie tym, że stosuje czasem głodówki swojej 4-letniej córeczce, bowiem mała zaczęła nabierać pełniejszych kształtów. Poza tym dziewczynka musi "dobrze wyglądać" w obcisłych sukienkach, które wybiera jej mama. Zdjęcia Wendy, która w wieku 3 lat paraduje po scenie w stroju Pretty Woman obiegły już sieć (to fot. 5, dziewczynka w żółtej peruce).

Kolejna mama przygotowała dla 6-latki strój wzorowany na kostiumie Lady Gagi i również nie widzi w nim nic niestosownego ("To dla niej coś jak kostium kąpielowy" - miała powiedzieć w programie Andersona Coopera). Sama wciśnięta w taki kostium przyznała, że jest niewygodny, ale za to taki sam "na córce wygląda świetnie" (na szczęście te białe włosy to peruki, a nie farba).

Na zdjęciu drugim mamy Eden Wood, gwiazdę serialu "Toddlers&Tiaras". W sieci można znaleźć więcej fotografii podrasowanych fotoshopem, kiedy nie wiemy, czy mamy do czynienia z ucharakteryzowanym dzieckiem czy też wygenerowaną komputerowo lalką. Rodzice Eden zainwestowali ponad pół miliona zł w jej karierę małej miss (udział w konursach małej miss jest płatny, kosztują zabiegi fryzjersko-kosmetyczne, stroje, które można założyć tylko raz, choreografowie, którzy uczą dziecko scenicznego obycia), a teraz z wieku 7 lat posłali ją na "emeryturę", bowiem dziewczynka jest już weteranką konkursów, w których średnia wieku to 4 lata. Teraz będzie trybikiem w machinie reklamy: będzie kolekcja lalek wzorowanych na jej twarzy, ubranek, pościeli. Bestsellerem jest jej biografia "Od kołyski do korony", którą zaczytują się mamy przyszłych małych miss.

Trzecie zdjęcie To Britney Campbell, której mama - zawodowa kosmetyczka - wstrzykiwała botoks, ponieważ "koleżanki powiedziały dziewczynce, że ma zmarszczki". 8-latka krzywiła się z bólu, ale zgadzała się na te zabiegi, ponieważ panicznie bała się owych zmarszczek. Matkę Britney szczerość oraz występy w tv, gdzie demonstrowała jak "poprawia urodę" córce kosztowały utratę praw rodzicielskich.

W Polsce nie ma jeszcze skrojonego na taką skalę przemysłu produkowania małych miss, jak w Ameryce. Ale widać, że i u nas takie konkursy cieszą się powodzeniem, o czym świadczyć może fakt, że organizuje się je przy okazji takich uroczystości jak np. dożynki. Polskie matki jeszcze popadły w taką skrajność, by przygotowywać swoje córki do występów przy użyciu skalpela czy wosku, lecz zaczątki tej paranoi już widać, chociażby przy okazji Pierwszej Komunii Świętej, którą niektóre matki traktują jako coś w rodzaju konkursu piękności (mało to przypadków wysyłania dzieci do solarium, rozjaśniania włosów, robienia tipsów czy odchudzaniu, by wcicnąć dziecko w sukienkę z gorsetem) oraz innych rodzinnych uroczystości, np. wesela.

Dziewczynki ze Stężycy (fot. 7) nie mają jeszcze makijażu, ale już widać księżniczkowate sukienki i kręcone na papilotach włoski. Natomiast zwyciężczyni Małej Miss Lata z Tczewa (zdjęcie ostatnie) do amerykańskich koleżanek już niewiele brakuje. Obawiam się, że i do nas przyjdzie moda na wynaturzone w formie i treści konkursy na kilkuletnie piękności oraz nie braknie mam, które zechcą zaspokoić swoje chore ambicje na wzór zza Oceanu. Tylko, czy naprawdę nikt nie widzi, że to nie jest dla dzieci ani dobre, ani zabawne?