- Nie dotykać! - Proszę się odsunąć! - Nie zbliżać się do gabloty! - Proszę zabrać dziecko! - to codzienność w wielu polskich muzeach. Przyjemność obcowania ze sztuką i zapoznawania z nią najmłodszych psują wszechobecne panie i panowie strzegący przykurzonych eksponatów.

Jak wiadomo, ciekawość dziecięca jest ogromna i na nic się zdadzą wszelkie ostrzeżenia i zakazy - młodociany, choćby był najgrzecznieszym dzieckiem świata i tak dotknie czegoś mimowolnie albo przytknie nos do szyby. Awantura w muzeum gotowa.

Jakby nie można było przeznaczyć w jakiejś sali jednego krzesła, by można było na nim usiąść, kawałeczka tkaniny (10x10 cm) do dotknięcia lub jedno drzewce prehistorycznego narzędzia. Dziecko odbiera świat wszystkimi zmysłami. Ograniczanie mu tej możliwości w muzeach powoduje, że traktuje takie miejsca z niechęcią. Wiedzą o tym managerowie instytucji, które oferują zwiedzanie interaktywne. Ci nigdy nie narzekają na pustki w swoich salach wystawowych.

Mimo że często zdarza mi się odwiedzać z dzieckiem rozmaite przybytki kultury w Krakowie, to - o dziwo, nie Zamek na Wawelu czy Muzeum w Sukiennicach należą do naszych ulubionych. Syn stwierdził, że na Wawelu jest... nudno: "Tylko meble i obrazy, nic nie można dotknąć, a ile razy można oglądać to samo?" Jednorazowa wizyta w Galerii Sztuki XIX-wiecznej też mu wystarczyła (poza historycznymi dziełami Jana Matejki reszta nie wzbudziła w nim entuzjazmu). Natomiast często wybieramy placówki małe, kameralne, do których zagląda na co dzień niewiele osób, za to każdy jest witany ze szczerą radością.

Jednym z naszych ulubionych jest Dom Zwierzyniecki, oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, położony przy ulicy Królowej Jadwigi 41. Placówka ta już po raz drugi otrzymała certyfikat miejsca przyjaznego maluchom i w pełni zasłużenie. Na każdej z wystaw czasowych zawsze jakiś element przeznaczony jest do dziecięcego użytku. Np. na wystawie "musztardowej", poświęconej rodzinie Gablenzów, można było zanurzyć ręce w workach gorczycy i wziąć udział w warsztatach robienia musztardy własnoręcznie, na wystawie o klubie piłkarskim KS Zwierzyniecki był hit zabaw w szkolnej świetlicy - piłkarzyki obrotowe, oraz niskie bramki, do których można było wbijać gole, aż drżały puchary i kryształy na ścianach. Na dzieciaki czekają kredki i kolorowanki związane z Krakowem, jego legendami oraz z minionymi wystawami Domu Zwierzynieckiego. Na półpiętrze skrzynia pełna pluszaków i zabawek (niezniszczonych!), na parterze tablica do mazania kredą. Latem można dodatkowo skorzystać ze słońca w niewielkim ogrodzie i tam np. przenieść się z kolorowankami.

Po raz pierwszy w Domu Zwierzynieckim dostępna jest wystawa skierowana wyłącznie dla dzieci. Choć jej kurator, Piotr Kołodziejski, woli ją nazywać wydarzeniem, to "Świat bajek Kerna" zachował cechy klasycznej wystawy chociażby w jednej z sal, w której ze zdjęć spogląda na nas pyzate, dobroduszne oblicze Ludwika Jerzego Kerna, a na półkach piętrzą się wydania jego książek w różnych językach. W drugiej sali na parterze mamy... kino. W scenerii trochę jak z kameralnego kina PRL możemy sobie obejrzeć dziecięcą klasykę: "Proszę słonia" czy "Ferdynanda Wspaniałego".

Na piętrze możemy zabawić się w teatr. Jest scena, kurtyna, kostiumy z Teatru Groteska, plakaty i rysunki dzieci przedstawiające sceny z historii napisanych przez Ludwika Jerzego Kerna. Jako lalki można wykorzystać zabawki, których w Domu Zwierzynieckim nie brakuje. Oczywiście możemy też sobie zrobić sami kukiełki za pomocą kartonu i kredek i wystawić miniprzedstawienie na motywach własnych lub z twórczości Kerna. Na koniec zwiedzania dzieciaki dostają dwuczęściowe książeczki z prostymi zadaniami dotyczącymi wystawy. Można je rozwiązać na miejscu lub zabrać do domu. Krzyżówka wciągnie na pewno całą rodzinę.

Ja razem z synkiem miałam okazję być na wernisażu wystawy, czy też: wydarzenia. Ubawiłam się zarówno podczas części oficjalnej, dzięki p. Marcie Stebnickiej oraz dzieciom z przedszkola z Woli Duchackiej. Na warsztatach teatralnych robiliśmy wspólnie "sowę, która nie mogła czytać książek" (taki wierszyk nam się wylosował). Wyszła nieco psychodelicznie, ale to pierwsza sowa w wykonaniu mojego 5,5-latka. Potem na podstawie tajemniczej mapy szukaliśmy skrzyni pełnej skarbów. W rozwiązywanie kolejnych zadań angażowały się wszystkie dzieciaki, nawet maluchy. A kiedy się okazało, że tym skarbem są słodycze i skrzynia pełna pluszaków, z których jednego można było zabrać, piski radości nie miały końca. I w ten sposób mały jeżyk, nazwany na pamiątkę wystawy Ludwikiem, stał się maskotką niezbędną przy usypianiu.

Synek trochę żałuje, że nie można już pograć w piłkarzyki w Domu Zwierzynieckim, ale pomysł z kinem bardzo mu się spodobał i pyta, kiedy znów pójdziemy na "Kerna". Większej reklamy nie trzeba, prawda? A może (to do Krakusów) przekonacie się sami i skorzystacie z ferii w muzeum?

W najbliższą niedzielę otwarta zostanie miniwystawa stała o życiu na przedmieściach Krakowa na przykładzie zgromadzonych sprzętów, jakie były używane w przedmiejskim domu. Założę się, że dzieciaki będą mogły ich dotknąć, choć może nie wszystkich.