- O co wam chodzi? Macie dziś tyle udogodnień: pampersy, elektroniczne nianie, kreatywne zabawki, mleko modyfikowane, po które nie trzeba stać w kolejkach. Nie musicie prać w balii, prasować 30 pieluch dziennie, uganiać się za deficytowym papierem toaletowym. Jesteście matkami, tak jak my kilkadziesiąt lat temu, więc nie udawajcie bohaterek. Nam też nikt nie pomagał, a nie narzekałyśmy. W głowach się wam poprzewracało. Skoro macie czas, żeby wciąż utyskiwać, to znaczy, że nie macie go dla swoich dzieci. Matki wyrodne...
Wiele już słów zarówno krytycznych, jak i wspierających padło w notkach na temat "Macierzyństwa bez lukru" i w komentarzach pod nimi. Rozumiem kobiety, które uważają, że cała ta nasza pisanina to fanaberie znudzonych mamusiek, które życie rozpieściło, a które z pewnością nie poradziłyby sobie w warunkach siermiężnego PRL, w których im przyszło wychowywać dzieci. Pewnie, tamte czasy, o których my zachowałyśmy mgliste wspomnienia, nie były dla naszych rodziców sielanką.
Sama pamiętam palenie w piecu kaflowym, kąpanie się w dziecinnej wanience do 8. roku życia, ponieważ nie mieliśmy łazienki, zakaz wchodzenia do kuchni, kiedy myło się któreś z dorosłych. Spanie z babcią w jednym łóżku, bo nie było gdzie. Pranie w starej Frani i gotowanie pościeli w kotle z krochmalem. Pamiętam jesienne robienie weków, chodzenie do sąsiadów po mleko prosto do krowy. Wyjazdy rodziców w środku nocy do miast wojewódzkich, by upolować coś lepszego do ubrania czy wyposażenia przyszłego domu. Wiele lat gnieżdżenia się w 5 osób w jednym pokoju i kuchni w oczekiwaniu na mieszkanie w bloku z tzw. przydziału. Dziś sama się dziwię, jak mogliśmy jako rodzina w takich warunkach jakoś w miarę zgodnie funkcjonować.
Pamiętam też emocje związane z każdą wycieczką do większego miasta, dreszcz na widok płonących wieczorami neonów, niemożność oderwania się od kolorowych sklepowych wystaw. Pamiętam marzenia o tym, by śpiewać, być jak te podskakujące w krótkich spódniczkach i białych podkolanówkach dziewczynki z "Gawędy". Nie pozwalałam obcinać włosów i kazałam się babci czesać w kucyk, by wyglądać jak one. Śpiewałam ukradkiem do skakanki jak do mikrofonu. Pamiętam telewizyjne programy dla dzieci, które prowadzili moi rówieśnicy. Zazdrościłam im luzu, obycia, posługiwania się słownictwem, jakiego nie znałam, mimo że z braku lepszego zajęcia zostałam molem książkowym.
Pamiętam, że od zawsze bawiłam się sama. Babcia, z którą byłam na co dzień, zajęta była domową krzątaniną. Rodzice do zabawy niespecjalnie się garnęli. Szybko nauczyłam się czytać i uciekałam w świat książek. Przynajmniej można było w ten sposób uatrakcyjnić swoje dzieciństwo. Po przeprowadzce do miasteczka zamknęłam się w czterech ścianach jeszcze bardziej. Nienawidziłam rodzicielskich: - No co tak siedzisz, wyjdź z domu, przeleć się gdzieś... Jednocześnie nie proponowali mi żadnej innej formy spędzania wolnego czasu. Pożegnałam się z marzeniami o śpiewaniu, graniu na instrumencie (bo przecież "po co mi to"). Nikt moim rodzicom nie mówił, że jeśli dziecko chce się w jakimś kierunku rozwijać, to należy je w tym wspierać. Dziecko miało być najedzone, czysto ubrane, posłuszne i milczące (słynne "dzieci i ryby głosu nie mają").
Nikt na mojej mamie nie wywierał presji, że po ciąży powinna wchodzić w swoje panieńskie ciuchy (z sentymentu niektórych nie wyrzuciła i potem ja je donaszałam jako nastolatka). Nikt jej nie mówił, że powinna być piękna i mieć swoje pasje. W efekcie mama, gdy miała tyle lat, co ja teraz nie miała połowy zębów, za to lekką nadwagę. Po pracy robiła obiad na następny dzień i oglądała programy w odbiorniku produkcji ZSRR. Z drugiej strony byłam bez skrupułów podrzucana babci, gdy rodzice jechali na wycieczkę, lub zostawałam sama zamknięta w domu na klucz (od 9. roku życia), gdy szli na jakąś imprezę. I nikt się nie przejmował, czy i jak to wpłynie na moją psychikę.
Ja miałam być inna. Byłam przekonana, że dziecko nie ograniczy mnie w żaden sposób. Będę je zostawiać pod opieką ojca, a sama "nurzać się w kulturze": kina, wystawy, odczyty. Będę czytać wieczorami, dziergać relaksacyjnie, będę chadzać na fitness albo tańce, będę się spotykać z koleżankami na plotkach lub pisać długie maile. Będę mieć perfekcyjnie wysprzątany dom, nauczę się gotować coś bardziej skomplikowanego niż pomidorowa i filet z drobiu. Będę zorganizowana i zadbana. Tak, jak pokazują to czasopisma dla przyszłych i młodych matek, do których kiedyś moja mama i jej podobne nie miały dostępu. Nic bardziej błędnego!
Będąc zmuszona nagle sprostać wyzwaniom stojącym przed współczesną matką, stanęłam przed wyborem: albo rezygnuję z dziecka, tzn. ograniczam swój udział w jego wychowaniu i realizuję siebie, albo odpuszczam siebie i zajmuję się kształtowaniem młodego człowieka, zdając sobie sprawę, że do dorosłego życia wniesie cały bagaż, jaki dam mu w dzieciństwie. Nietrudno się domyślić, co wybrałam.
Chcę, żeby mój syn był przede wszystkim dobrym człowiekiem, dlatego jestem mu przewodniczką, towarzyszką zabaw, przyjaciółką. Mamą na 24-godzinny etat, która ma wyrzuty sumienia z powodu lepiącej się podłogi w kuchni, ale zamiast po mopa pójdzie układać zamek z lego. Mamą która się miota pomiędzy przypalonym kotletem w kuchni a poszukiwaniem "tej najważniejszej w danym momencie kredki". Mamą, która spóźnia się na tramwaj, bo syn chce jej przed wyjściem dać 12 całusów. Mamą, która zamiast w weekend odpoczywać przed telewizorem, gna na zajęcia edukacyjno-rozrywkowe albo na plac zabaw, by dziecko miało frajdę. Mamą, która zamiast poważnej lektury czyta wieczorami "Bolka i Lolka", a potem usypia wraz z dzieckiem na przykrótkim tapczanie (a prasowanie czeka od tygodnia). Mamą, którą dziecięcy kaszel w drugim pokoju zerwie na równe nogi w środku nocy, a nie usłyszy huku przewróconego przez męża krzesła.
Mamą, która czuje, że oszalałaby, gdyby nie istniały praca i przedszkole. Mamą, która musi stawiać granice i zamiast zrozumienia napotyka złość i opór. Mamą, która mimo całego swojego poświęcenia usłyszy, że jest "niedobra i bez sensu". Mamą, która ma czasem dosyć i marzy o samotnym wyjeździe przynajmniej na tydzień. Albo przynajmniej na 24h. Ale tego nie zrobi. Bo wie, że zawiodłaby wtedy i swoje dziecko, i siebie. Dawno już nie czyta kolorowych czasopism dla rodziców. Nie ma złudzeń. Zamiast tego otwiera bloga i pisze. A potem kasuje to, co napisała. Bo przecież uśmiech dziecka powinien jej wynagrodzić wszystko. - Dobra, myślę sobie, życie zaczyna się po pięćdziesiątce. Zostało mi jeszcze tylko 15 lat...
PS Zdjęcie przedstawia projekcję macierzyństwa oraz rzeczywistość :)
Pozdrawiam z serca
"Mamą, która ma czasem dosyć i marzy o samotnym wyjeździe przynajmniej na tydzień. Albo przynajmniej na 24h. Ale tego nie zrobi. Bo wie, że zawiodłaby wtedy i swoje dziecko, i siebie. "
Nie prawda, MOŻESZ a nawet MUSISZ odpocząć, i wierz mi:DZIECKO NIE UCIERPI, NIE BĘDZIE ZAWIEDZIONE.
Dlaczego? ponieważ zrozumie pewne procesy w życiu, będzie wiedziało, że zawsze wrócisz, a przede wszystkim będzie uczyło się samodzielności,niezależności i zaradności.
Poza tym sfrustrowana, zmęczona mama wiele gorzej wpływa na psychikę dziecka niż mama jakiś czas nieobecna (praca, odpoczynek)
Znane z autopsji.
Nie wolno się "poświęcać".
Proszę wyjechać na te 24 godziny i "zawieść". Inaczej nigdy Pani nie wyjedzie nigdzie, za to on będzie znikał z domu na całe noce od moomentu ukończenia ~nastu lat. W dodatku w poczuciu oczywistości, ze tak ma być.
Ale to Pani by go zakończyla, a nie dziecko. Proszę sobie to uswiadomić. Proszę zadbać o własny luksus psychiczny - to warunek wychowania zdrowych dzieci. Mówi to Pani matka dwójki świetnie wychowanych, ukeirunkowanych i umiejących zawalczyć o swoje dzieciaków (dziś 21 i 22 lata).
W tym temacie- chyba jeden chłop.
To co- pani dziecko nie ma ojca?
Jak moja żona po porodzie była nieco wykończona- to ja kąpałem, przewijałem i prałem pieluchy- i te tetrowe i te bawełniane.
No i potem też- żeby żona mogła wyjechać na miesiąc na praktyki w czasie studiów- a kto się dziećmi zajmował w tym czasie?
To były trudniejsze czasy- ale razem da się zrobić wszystko.
Razem- a nie to że sama.
A dzieci mamy czworo- wszystkie ja kąpałem, przewijałem i wszystkim prałem pieluchy.
No- żadnego nie karmiłem piersią.
I wszystkie wyrosły na przyzwoitych i dobrych ludzi.
Chociaż- byłem złym ojcem- nie zajmowałem się nimi 24h na dobę.
Jesze trzeba było na to wszystko zarobić.
Ale gdyby Pani zechciała zajrzeć do moich komentarzy na ten temat, zauważy Pani z pewnością, że moim zdaniem trzeba kategorycznie dać do zrozumienia maleństwu, kto tu rządzi, bo rzeczywiście wychowa Pani egotyka - sobie na zgubę, a także światu i jemu samemu. Musi wiedzieć, że nie wszystko, czego chce, dostanie na pierwsze gwizdnięcie.
Najmalusieńsze nawet dziecko musi wiedzieć, że istnieją zakreślone przez dorosłych ramy, w których się porusza, i za każdym razem, kiedy je rozpycha, przekracza albo łamie (czyli bierze Panią "na charakter"), robi to ze świadomością konsekwencji.
Spośród rozmaitości uczuć, jakim podlega każda istota ludzka, nie może zabraknąć i tęsknoty - a jeśli Pani stanie się niewolnicą własnego dziecka, uczucie to będzie mu obce. Więc kiedy coś mu zostanie odjęte albo mu się czegoś odmówi, wpadnie w złość. Natomiast nie będzie umiało tego pragnąć, na to zasłużyć ani za tym zatęsknić. Ani nie pogodzi się z myślą, że Pani jest bytem odrębnym i ma prawo do siebie samej.
No i nie będzie za oddanie rewanżować się oddaniem.
Tak sądzę.
Pozdrowienia zaśnieżone po kokardę
Pozdrawiam.
PS. U nas też mżą kąpał dzieci, ja tylko czasem :)