Panicznie obawiam się wielkiego sprzątania. I to, że za sprzątaniem nie przepadam, wcale nie jest tej obawy głównym powodem. Na początku wszystko idzie w miarę dobrze. Drobiazgi porozrzucane na komodzie i biurku odnajdują swoje miejsce w szufladach, a wilgotna ściereczka sprawia, że z mebli znika warstwa kurzu. Potem jeszcze wjeżdża odkurzacz i można spojrzeć już z zadowoleniem na rezultaty odwalenia sporego kawału dobrej roboty.
Jednak gdzieś w okolicach przecierania mopem połowy kuchennej podłogi pojawia się w głowie myśl: zaraz, zaraz, przecież to miało być wielkie sprzątanie, a nie takie tylko „po łebkach”. Może jednak warto zrobić przy okazji porządki w szafach i komodzie i pozbyć się przynajmniej tych rzeczy, których nie założyłam na siebie przez ostatnie trzy lata. Od razu zrobiłoby się luźniej, a i rzekoma pokaźność odzieżowego dobytku zyskałaby realny wymiar po wyrzuceniu wszystkiego, co za duże, za ciasne, „nie w moim typie” lub kompletnie démodé.
I niestety jest to myśl bardzo niebezpieczna, bo najlepszym sposobem na usuwanie zbędnych rzeczy z szaf jest wyjęcie ich wszystkich i wkładanie z powrotem jedynie tych, które jeszcze się do czegoś nadają. Odzież z półek i wieszaków ląduje zatem w stertach na kanapie, na stole, na krzesłach, na komodzie, na biurku i wszędzie tam, gdzie jeszcze przed chwilą panował z takim trudem osiągnięty porządek. Już pierwszy rzut oka na te sterty jasno dowodzi, że szafy staną się uboższe o co najmniej połowę z tych wyciągniętych z nich rzeczy.
To dobry znak, bo następnym razem sprzątania będzie o wiele mniej – nie mówiąc już o praniu czy prasowaniu tak znienawidzonym, że wszystko co wymaga dotknięcia żelazka, leży od lat upchnięte w dużym worze wciśniętym w kąt szafy. Wizja ta wprowadza człowieka w tak doskonały nastrój, że postanawia zrobić sobie chwilkę odpoczynku w celu nabrania sił przed momentem, w którym przystąpi do podejmowania ważkich życiowych decyzji.
Siedząc już z kawą i papierosem wśród sterty piętrzących się fatałaszków, niemal na pewno wypatrzy się jakiś ciuszek, w którym „tak ładnie wyglądałam na weselu kuzynki – zaraz, zaraz, kiedy to było? w 97? a może w 93?, ależ nie, już pamiętam – w 91. Matko Przenajświętsza! I ja jeszcze trzymam tę sukienkę?!”. To spostrzeżenie utwierdza nas w przekonaniu, że pomysł porządkowania szaf był pomysłem zdecydowanie trafionym i podsuwa kolejną myśl, że może należałoby także przejrzeć skrzyneczki i szkatułki z precjozami, z których część już też na pewno powinno się odłożyć do lamusa. Kilka zdecydowanych kroków w kierunku komody i zawartość skrzyneczek ląduje na kanapie obok sterty spoczywających tam ubrań. A my, sięgając po drugiego papierosa, przebieramy palcami wśród bransoletek, kolczyków i wisiorków. O proszę! Nawet jakieś klipsy się tu zawieruszyły. Jeszcze z czasów studenckich.Potem już nigdy nie zakładałam klipsów, bo drażniły mi nieznośnie uszy. I najpewniej nigdy już nie założę. O! A tutaj te kolczyki w kształcie wielkich kół. Nosiłam je zawsze do takiej trochę cygańskiej z wyglądu spódnicy... Granatowej? Zielonej? Chyba gdzieś powinnam w niej być na zdjęciu.
Oczywiście, by rozwiązać tę palącą wątpliwość, najlepiej jest sięgnąć do swoich zbiorów fotografii. Niestety albumy i pudełka ze zdjęciami nie są już w stanie zmieścić się na jakimkolwiek zawalonym ubraniami meblu, więc lądują na podłodze, a my wraz z nimi.
I teraz jest to już prawdziwa katastrofa, bo nasze sprzątanie ogranicza się do robienia sobie kolejnych kaw/herbat i zapalania kolejnych papierosów. I jeśli nie mamy w perspektywie co najmniej jeszcze dwóch wolnych dni i składanego łóżka polowego, na którym można jakoś przespać najbliższą noc, pozostaje nam jedynie upychanie wszystkiego po szafach w środku nocy z mocnym postanowieniem, że następnym razem co najmniej połowę z tych rzeczy trzeba będzie wreszcie wyrzucić.
W moim przypadku w śmieciach ląduje sprzęt i meble - takie, co to "jeszcze by mozna naprawić", albo "a nuż sie przyda".
Ciuchów na ogól nie ma czasu wtedy zegregowac, więc są upychane do worów i jadą ze mną :)
A meble - prawda jest taka, że porzuciliśmy niemal wszystkie. nic nie pasowało do nowego miejsca, z wyjątkiem jednej kanapy, jednej ławy i trzech krzeseł.
Podziwiam odwagę :)
Naprawdę. Mam skłonności do chomikowania, które trudno mi zwalczyć, bo jesli już coś wyrzucę, to NA PEWNO za bardzo niedługi czas okaże się, że akurat ta jedna rzecz bardzo by mi się przydała :))
Z ciuchów?
Ja przez 10 lat trzymałam żakiecik, do którego wiedziałam, że w końcu schudnę. Wyszedł z mody, wiedziałam, że moda wróci. Mimo to wysłałąm go precz, uznając, że jak moda wroci i schudnę, to zechcę mieć nowy :)))
Teraz na przykład bardzo potrzebuję kawałka dżinsu dla podreperowania moich absolutnie ukochanych spodni, w których czuję się jak w drugiej skórze. A takie stare, niepotrzebne, dżinsowe spodnie wyrzuciłam zaledwie miesiac temu. No i kto mógł przewidzieć, że te ukochane mi się rozedrą?
Ach, no tak, wyższa potrzeba. Dżinsów akurat nie wywalam z uwagi na powyższe :)
Nie zdając sobie sprawy ze skutków, pewnego razu postanowiłem zrobić "Wielkie Sprzątanie".
Hah! I udało mi się pomysł doprowadzić do końca! Dwa dni to zajęło.
Efekt przecudny - wszystko na półkach pod linijkę poukładane.
Od swetrów po książki. Wyrzuciłem tylko kilka rzeczy, bo na ogół wyrzucam na bieżąco rzeczy nieprzydatne.
Efekt numer 2: Przez dwa tygodnie nie mogłem znaleźć tego co potrzebowałem.
Na szczęście bałagan wrócił i znowu wiem co gdzie mam.
Ja mając genetycznie zakodowany "poznański porządek", gnębiłam dzieci moje w tej kwestii właśnie. Kiedyś napisałam córce na kartce: "Bałagan na biurku, jest oznaką bałaganu w głowie!" Wieczorem znalazłam korespondencję zwrotną: "Jeśli bałagan na biurku jest oznaką bałaganu w głowie, to oznaką czego ma być puste biurko?
Drugie dziecko, chcąc pójść w ślady siostry pozostawiło na swoim biurku taką oto kartkę: "Porządek może mieć każdy. Tylko geniusz panuje nad chaosem".
Geniuszem to ona nie jest, bo jak zauważam, niekiedy chaos panuje na nią. Od tej pory jednak nie interweniuję w ich porządek.
A co do tematu notki - mam podobnie, niestety. Wkraczam z zamiarem pozbycia się staroci, a potem... no cóż, wyrzucę jakąś jedną rzecz, żeby nie było, że zabierałam się na darmo za porządki:)
Tak się złozyło, że nie pochodząc z Poznania, spędziłam w nim jednak szmat mojego już dorosłego życia. Moje poznańskie kolezanki, odwiedzając mnie, łapały się za głowę. Bo ze mną jest tak, że nie znoszę tylko brudu. Nie oznacza to, że biegam całymi dniami ze szmatkami i szczotką, ale i tak on nie ma ze mną szans. Natomiast nieład kompletnie mi nie przeszkadza. Jest dla mnie znakiem, że w domu mieszkają ludzie. Pomieszczenia z rzeczami ułożonymi "pod linijkę" nie mają dla mnie duszy. Kojarzą mi się wyłącznie z muzeami lub wystawami mebli. Czuję się w nich nieswojo. Nie wiadomo czy usiąść, czy raczej stać cały czas na bacznosć :)
Masz bardzo fajne dzieci. I mądre :)
Bałagan na biurku nie jest oznaką bałaganu w głowie. Jest oznaką umiejętności abstrahowania od szablonów :)
"Bałagan na biurku nie jest oznaką bałaganu w głowie. Jest oznaką umiejętności abstrahowania od szablonów :)"
I to jest krótka charakterystyka umysłu mojego starszego dziecka.
PS
Przepraszam za ten niebieski, ale sięgając po cytat do Annałów Rodzinnych, tak mi się samo ustawiło:)
Ukłony z Loch Ness :-)
Chętnie poznam :)
Często miałabym ochotę zrobić wielkie porządki, łącznie z przejrzeniem szaf z ubraniami i szuflad ze "skarbami", ale ograniczam się do odkurzania, wytarcia mebli, umycia podłóg i tym podobnych czynności.
I mieszkanie lśni czystością, a ile jest niepotrzebnych rzeczy w szafach, to i tak nikt nie widzi ;)
PS Szkoda, że skończyły się opowieści rodzinne...